Sugestie

15.1.2009

W komentarzach do tej notki proszę wpisywać rady i sugestie nie pasujące do poszczególnych notek o błędach. Np. jeśli ktoś czuje potrzebę zgłoszenia błędu do opisania, tu jest właściwe miejsce.

Reklamy

Imię koperku

28.8.2010

Taki znalazłem drobiażdżek.

Ale zacznę od długiej i zawiłej dygresji, w zasadzie nie na temat.

Trochę trudno połapać się, z ilu osób, a w szczególności z kogo, składała się wierchuszka – czyli Rada Naukowa projektu Master’s Voice. Poza narratorem Hogarthem w kontekście wodzowskim pojawiają się nazwiska Baloyne, Prothero, Rappaport, Eeney (później zastąpiony przez Phantona) oraz Dill. Wygląda na sześć sztuk.

Potwierdzają to fragmenty dotyczące przedstawienia Trexu na Radzie. Hogarth i Prothero oczywiście wiedzieli o Trexie, wszak nad nim pracowali. Hogarth powiedział o efekcie Rappaportowi i Baloyne’owi, Prothero – Dillowi. Po czym pojawia się zdanie: „[…]jedynym człowiekiem, który wszystkiego dowiedział się na posiedzeniu, był Wilhelm Eeney.” Czyli znów sześć osób.

Gdzie indziej jednak Lem pisze: oczywiście jako narrator-Hogarth:  „jako członek Rady, jeden z ‚wielkiej piątki’, ale ‚bez teki’, nie należałem[…]”. Jeszcze gdzie indziej: „Wszelkie zdobycze badań konfrontowane były na poziomie najwyższym – Rady Naukowej, gdzie zasiadali koordynatorzy grup oraz ‚wielka czwórka’, która stała się piatką po moim przybyciu”. Piątka = kogo z sześciu brakuje? No i do tego mamy nagle koordynatorów grup, Rada rośnie. Podobnie o „wielkiej czwórce” sprzed dokooptowania Hogartha mowa w słowach: „Zarazem jednak czołówka, owa wielka czwórka, poczynała, może nie całkiem jasno jeszcze, pojmować, że rozpoczyna się już takie badanie drzew, spoza którego ginie, coraz trudniej uchwytny, obraz lasu”. Na początku pracy Hogartha w projekcie jako swego rodzaju decydenci wymienieni są Dill, Rappaport i Baloyne – czy więc czwórka to Baloyne, Dill, Rappaport i Eeney, rozszerzona do piątki Hogarthem, zaś Prothero trafił na posiedzenie o Trexie jako odkrywca, nie jako członek Rady?

Nie raz jeszcze czytamy o „czwórce”, choć niekoniecznie dotyczy to Rady Naukowej: „Nasza czwórka rebeliancka została od razu ściągnięta do Waszyngtonu”, „Naradziwszy się we czwórkę, doszliśmy o tego, czemu nie oddano Projektu Armii”.  Oczywiście nie wchodził w skład rebeliantów Eeney, ale jeszcze ktoś z sześciu musiał być poza tą „czwórką”. Czy może Baloyne, jako szef nie zaliczał się do „rebeliantów”? A może Dill, podśmiewający się z podawania się kolegów do dymisji?

Wyjątkowo jasne słowa padają, gdy opisywany jest Prothero: „Zasiadając w Radzie między ogromnym Baloyne’em i tyczkowatym Dillem, na niespokojnym tle Rappaporta i żurnalowym Eeneya[…]” – więc jednak szóstka, pięciu (dodajemy Hogartha) plus Eeney!

Coś się nie bardzo zgadza. Choć jeśli pominiemy niejasną kwestię „rebeliantów”, a ponadto uznamy, że słowa o czwórce/piątce dotyczą członków naukowców (więc z pominięciem Eeneya), i do tego przymkniemy oko na koordynatorów grup, być może arytmetykę Rady Naukowej Projektu da się uratować.

Ale skończmy dygresję. 

Na piątkę, powiedzmy, ważnych naukowców w Projekcie składali się: Piotr E. Hogarth, Yvor Baloyne, Donald Prothero, Saul Rappaport oraz Tihamer Dill.

Tihamer Dill.

Natomiast na pierwszej stronie rozdziału I czytamy:

„O Projekcie pisali też inni ludzie, którzy pracowali w nim na wiodących stanowiskach: S. Rappaport (The First Case of Interstellar Communication), W. Dill (Masters Voice – I was there) czy D. Prothero (Mavo Project – Physical Aspects).”

W. Dill?

Czytelnik 1970

Autor żyje, ale nie natyka się ostatnimi czasy na błędy Stanisława L., stąd cisza na blogu.

Za to właśnie przyłapałem na błędzie Tomasza L., syna Stanisława, w Awanturach na tle powszechnego ciążenia, czyli biografii ojca – czy może raczej zbiorze anegdot o nim.

„…w 1968 [powstała] moja [Tomasza] ulubiona książka – „Głos Pana”. Przypadkowo odkryty neutrinowy „sygnał z gwiazd” staje się pretekstem do stawiania fundamentalnych pytań i sportretowania świata ziemskiej nauki od środka, tak jakby narrator rzeczywiście był amerykańskim fizykiem, a nie mieszkającym na krakowskiej półwsi lwowiakiem, absolwentem medycyny.”

Narrator Głosu Pana, Piotr E. Hogarth, był matematykiem, nie fizykiem. Pomyłka Tomasza L.  jest o tyle zaskakująca, że specjalność zawodowa Hogartha jest bardzo silnie wykesponowana w ulubionej tomaszowej książce.

Wydawnictwo Literackie 2009

Nadesłał i opisał Robert Pyzel (a ja dopisałem co nieco w komentarzu)

Tak mnie ostatnio naszło, żeby sprawdzić ile energii mają „biliergi” z „Niezwyciężonego”

Czy mogę to podgrzać?… – spytał spokojnie astrogator, wskazując ekran, i wszyscy zrozumieli go. Jazon ociągał się z odpowiedzią.
– Należałoby ostrzec TL 4, żeby maksymalnie rozszerzył pęcherz pola…
– Bez głupstw, Jazon. Nie mam łączności…
– Do czterech tysięcy stopni… z niewielkim ryzykiem…
– Dziękuję, Blaar, mikrofon! Pierwszy do TL 8, gotuj lasery na chmurę, małą mocą, do bilierga w epicentrum, ogień ciągły wzdłuż azymutu!
– TL 8, ogień ciągły do bilierga – odpowiedział natychmiast głos pilota. Przez jakąś sekundę nie działo się nic. Potem błysło i centralna, wypełniająca dolną część ekranu chmura zmieniła barwę. Najpierw zaczęła się jakby rozmazywać, potem sczerwieniała i zawrzała; powstał tam rodzaj leja o płonących ścianach, w który wpadały, jakby były wsysane, sąsiednie połacie chmury. Ten ruch ustał nagle, chmura rozwarła się ogromnym koliskiem, ukazując przez powstałe okno chaotyczne nagromadzenia skał, tylko w powietrzu unosił się jeszcze drobny, czarny pył, na kształt polatującego kopciu.
– Pierwszy do TL 8, zejdź na dystans maksymalnej skuteczności ognia!
Pilot powtórzył rozkaz. Chmura, okrążając niespokojnym obwałowaniem utworzony rozryw, usiłowała go wypełnić, lecz za każdym razem, kiedy wysuwające się wypustki obejmował rozbłysk żaru, wciągała je z powrotem.

Erg to stara jednostka układu CGS, po przeliczeniu to 1e-7J, przedrostek bili nie figuruje w SI, ale możemy chyba uznać, że to biliard czyli 1e+15 ergów, czyli 100 MJ. Nie jest to zbyt dużo, odpowiada to wartości opałowej 4 kg węgla, albo (według  ang. Wiki, nie przeliczałem) energii kinetycznej jednotonowego pojazdu poruszającego się z szybkością 160 km/h. Dość by zamienić auto we wrak a pasażerów w zwłoki, ale chyba za mało na tak spektakularne efekty jak na „Regis III”

Oczywiście, zawsze możemy wybrnąć, że Jazon miał na myśli  energię emitowaną w jakimś infinitezymalnym przedziale czasu i lasery biły w chmurę z potężną mocą ;-)

Wydawnictwo Literackie 1968

EZ Aquarii

9.3.2009

„Jota łamane przez 116, łamane przez 57, Proximy Wodnika. Była najbardziej podobna do Ziemi ze wszystkich, jakie Pirx kiedykolwiek widział, z małym, żółtym słońcem […]. Nadawałaby się doskonale do kolonizacji, gdyby nie to, że słońce jej było typu G, nowo odkrytej podmiany G VII, a więc niepewne, bo podejrzane o chwiejność emisji; skoro zaś astrofizycy wypowiedzieli swoje veto, to choć przemiana w Nową mogła nastąpić dopiero za sto milionów lat, wszelkie plany zagospodarowania tej Ziemi Obiecanej należało przekreślić.”

„Minęła jednak druga [godzina], trzecia, potem czwarta, zapadł wreszcie zmrok.”
„Wyszli na zewnątrz, gdy świt ledwo wstawał.”

Gwiazda nowa nie może powstać z podobnej Słońcu samotnej gwiazdy typu widmowego G.  Potrzebne warunki to ciasny układ białego karła i innej gwiazdy, w którym materiał z owej drugiej gwiazdy, głównie wodór i hel, jest grawitacyjnie ściągany i sprasowywany przez białego karła aż do chwili, gdy wzrost temperatury zainicjuje gwałtowną reakcję termojądrową. I mamy wtedy nową – lecz Lem nic nie pisze o „słońcach”, używa liczby pojedynczej. Co więcej, istnieje pogląd, że wszystkie nowe wybuchają periodycznie co kilkaset do kilkuset tysięcy lat – nie ma co marzyć o 100 milionach lat spokoju.

Pójdźmy innym tropem. Najbliższa Układowi Słonecznemu gwiazda (a więc „Proxima”) gwiazdozbioru Wodnika to EZ Aquarii (znana też  pod katalogowymi nazwami Luyten 789-6, GJ 866 i paroma innymi). Znajduje się w odległości nieco ponad 11 lat świetlnych od Słońca.

Jest to układ trzech gwiazd, z których żadna nie jest żółtym słońcem typu widmowego G – dwie z nich na pewno, a trzecia zapewne, to czerwone karły typu M.

Na planecie w tym układzie niemożliwe byłyby dni i noce. Nie dlatego, że układ ma trzy gwiazdy – składniki A i C obserwowane z planety krążącej wokół składnika B byłyby tylko nieco jaśniejsze od Księżyca w pełni. Ale dlatego, że czerwone karły emitują niewiele promieniowania, więc by na krążącej wokół czerwonego karła planecie temperatury mogły osiągnąć wartości sprzyjające życiu, planeta musi krążyć bardzo blisko gwiazdy, rzędu zaledwie miliona km dla składników EZ Aquarii. Skutkiem tego byłoby zapewne związanie przez siły pływowe ruchu obrotowego planety z jej ruchem obiegowym wokół gwiazdy, tak jak stało się to z Księżycem względem Ziemi.

W sumie, zamiast wschodów i zachodów małego żółtego słońca i skąpanych w jego świetle malowniczych krajobrazów, Pirx, Massena i Krull oglądaliby krwawe widoki z gigantycznym czerwonym słońcem tkwiącym zawsze w tym samym punkcie nieba. Słońcem tym byłby najpewniej składnik B EZ Aquarii – A i C krążą tak blisko siebie, że orbita planety byłaby niestabilna.

No i jeszcze jeden kłopot –  co najmniej jeden ze składników EZ Aquarii (a być może wszystkie trzy) to gwiazda rozbłyskowa, zalewająca okolicę sporymi dawkami promienowania w rozmaitych zakresach, nie wyłączając rentgenowskiego. Takie rozbłyski zdarzają się nieregularnie, ale raczej (na ile udało mi się zorientować) w odstępie dni, a nie milionów lat.

W sumie, jakby nie próbować identyfikacji „Proximy Wodnika”, jakby sobie jej planety nie wyobrażać, warunki tam panujące daleko odbiegałyby od idylli, w której zginął Aniel.

Wydawnictwo Literackie 1986

„Jota łamane przez 116, łamane przez 57, Proximy Wodnika. Była najbardziej podobna do Ziemi ze wszystkich, jakie Pirx kiedykolwiek widział, z małym, żółtym słońcem, słonymi oceanami, […] i wielkim, trójpłatowym kontynentem pokrytym pierwocinami roślinności.”

Pierwocinami.

„Przybyli u schyłku lata, a teraz jesień górska, cała w czerwieni i żółci, dogasała już w dolinach, lecz jakby na przekór masom liści, pędzących w pianie górskich potoków, słońce wciąż było ciepłe […].”

Pierwocinami?

Wydawnictwo Literackie 1986

Inny błąd

7.2.2009

Kolekcję szczegółowych błędów, jakie zbiera ten blog, można uzupełnić błędem, czy może lepiej niedostatkiem ogólnym a zasadniczym, przewijającym się przez całą chyba twórczość Lema. Znalezione na blogu Sporothrix: część 1, część 2, część 3.

„[…] co przystojniejsze kobiety, zwłaszcza blondynki, szczypałem w zadek. Robiła to naturalnie moja lewa ręka […]
[…]parę razy zostałem przez to spoliczkowany. Kiedy dostałem w policzek, byłem po prostu wściekły i zmieszany, bo nie czułem się winny, a jednocześnie czułem rozbawienie. Natomiast raz dała mi po twarzy dziewczyna , która musiał być leworęczna, więc w lewy policzek, i wtedy nie czułem już ani śladu rozbawienia czy wesołości.[…]
– Ależ oczywiście! – zawołał profesor. – Lewy Tichy dostał w twarz za prawego i to właśnie prawego rozbawiło. Natomiast kiedy prawy dostał za prawego, nie było mu to wcale zabawne.”

Koncept ułożony zgrabnie. Tylko… lewą ręką w lewy policzek? Jak to możliwe?

I jeszcze jedno.

Strona 13: „co przystojniejsze kobiety, zwłaszcza blondynki”.
Strona 23: ” – Wyłącznie blondynki? – Tak. Mogę być zresztą tlenione”
Więc molestował także rude lub brunetki, czy nie?

Zgłoszone (w kwestii lewic) przez Sporothrix.

Rozjaśnienie zbyt może zdawkowo opisanego błędu – w komentarzach.

Wydawnictwo Literackie 1987