“Prawy pas zastawiony ochronnymi stożkami. [...] Dwa wbite w siebie pudła z wyrwanymi maskami. Tak daleko od drogi? A ludzie? Opony znów chrupały po szkle, jechaliśmy noga za nogą wzdłuż policjantów, wywijających rękami „prędzej! prędzej!” Hełmy policyjne, karetki, nosze, koła skapotowanego auta jeszcze się kręciły.”

Jeszcze? Po wypadku zdążyło się zjechać sporo policjantów, karetki, przyleciał śmigłowiec, rozstawiono nawet słupki – musiało upłynąć kilkanaście minut co najmniej - a koła nadal się kręciły? Nawet łożyska o zerowym tarciu nie pomogłyby, wszak istnieje opór powietrza.

A z drugiej strony: “Czerwony rozbłysk spłynął mi w nogę wymijając świadomość. Sekunda minęła, nim pojąłem, że hamuję. Opony chrupały po rozsypanym ryżu, grudki były coraz większe, jak grad. Nie, szkło. Kolumna zwalniała coraz bardziej.” Innymi słowy, samochody hamowały tuż przed miejscem wypadku.  Cóż, doświadczenie mówi, że wypadek – a zwłaszcza wypadek połączony z zamknięciem pasa, a już szczególnie na autostradzie zatłoczonej tak, jak Lem opisał parę stron wcześniej – spowodowałby gigantyczny korek, i już po paru, a co dopiero parunastu minutach John musiałby hamować setki metrów przed miejscem wypadku i w korku spędzić mnóstwo czasu, zanim dotarłby do rozsypanego szkła.

Wydawnictwo Literackie 1995

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.